sobota, 18 czerwca 2011

Mój mały sukces

Zanim przejdę do meritum, należą się przeprosiny - tym, którzy w ostatnich tygodniach zaglądali na mojego bloga częściej ode mnie... Tak się jednak złożyło, że przez jakiś czas miałem utrudniony dostęp do Internetu (przebywam poza Polską), co przełożyło się na moją krytycznie niską blogerską aktywność. Obiecuję poprawę.

A teraz do rzeczy. Jeden z moich wpisów (zgadnijcie który) konkurował o miano najlepszego artykuły opublikowanego na portalu Ranking MLM. Pierwszego miejsce nie zająłem (tekst zresztą powstał pod wpływem emocji, a nie pod kątem konkursu), ale znalazłem się na czwartym miejscu jeśli chodzi o liczbę głosów oddanych przez internautów. Jak na ogólnopolski konkurs to chyba całkiem nieźle.
Wszystkim więc, którzy głosowali na mój artykuł - wielkie dzięki.

wtorek, 29 marca 2011

Kogo (nie) stać na wellnes?

Jest takie słowo, które w dwóch kontekstach - jako swego rodzaju jakość życia (uwarunkowana m.in. dostarczaniem organizmowi takich substancji, które z jednej strony zapewnią mu sprawniejsze funkcjonowanie, a z drugiej opóźnią proces starzenia się) oraz jako sposób na biznes - jest coraz częściej odmieniane przez wszystkie przypadki. To słowo to "wellness", które w tłumaczeniu z języka angielskiego oznacza "dobre samopoczucie".

Nie tak dawno postanowiłem przewertować Internet, by zobaczyć, co pisze się o wellnes. Powiem szczerze, że byłem zaskoczony - bo na polskich stronach bardzo niewiele jest publikacji na ten temat.

Z jednej strony to dziwne, bo słowo "wellnes" rzeczywiście coraz częściej jest odmieniane przez wszystkie przypadki i to co najmniej w dwóch kontekstach. Pierwszy - to podstawowa treść tego pojęcia, a więc dobre samopoczucie, ale też, a może przede wszystkim - sposób na życie. Drugi kontekst - to wellnes jako sposób na sukces w biznesie.

Nie trzeba być ekspertem, żeby stwierdzić, że znalezienie wspólnego mianownika dla sposobu na życie i dla sposobu na sukces w biznesie - jest możliwe. Już od co najmniej kilku lat udowadniają to różne firmy, oferujące swoje produkty wspomagające ludzki organizm w uzyskiwaniu i utrzymywaniu "stanu wellnes".

Tyle ile firm, tyle produktów. Tyle też przepisów na udany biznes. I tu znów łatwo znaleźć wspólny mianownik - jest nim MLM. A zatem, jeśli ktoś myśli o biznesie w branży wellnes, musi liczyć się z tym, że przyjdzie mu funkcjonować w strukturze marketingu wielopoziomowego.

Trzeba zauważyć, że o ile osiaganie "stanu wellnes" jest wielce kuszącą propozycją - wszak jak najbardziej popartą naukowymi opracowaniami - o tyle "robienie biznesu" w tej branży dla wielu jest (w ich przekonaniu) górą nie do zdobycia. O ile kuszą ich prognozy przyszłych zysków, o tyle jak zimny prysznic działają ceny pakietów startowych i koszty obligatoryjnych miesięcznych zamówień, bez realizacji których nie ma mowy o dochodach własnych. Żeby jednak być sprawiedliwym, należy podkreślić, że to akurat jest bolączką znacznej większości mlm-owych biznesów.

Cóż zatem robić? Wchodzić w biznes wellnes czy nie? Powie ktoś: żeby pić piwo, nie trzeba kupować browaru. Owszem, ale w tym przypadku relacje ceny całej "fabryki" do ceny "towaru" są zupełnie inne niż w przypadku piwa.

Tak naprawdę nikt, kto nie dojrzał do tego, że w dzisiejszych czasach trzeba stać się "konsumentem wellnes", ten nigdy nie osiągnie sukcesu w wellbiznesie. I choć nie jest to łatwe, trzeba dojść do przekonania, że nie może mnie być nie stać na wellnes. Jeśli chcę zachować dobrą kondycję, zdrowie i świetne samopoczucie - to nie mam wyjścia: musi mnie być stać na produkty wellnes.

A skoro "muszę" korzystać z dobrodziejstw produktów wellnes, to dlaczego nie połączyć tego z budowaniem własnego biznesu? Przecież bycie bogatym i zdrowym nie jest zastrzeżone dla nikogo.


..............................................

czwartek, 24 marca 2011

Koniec Kabaretu "Jacek Dudzic", czyli... karawana jedzie dalej


Tydzień nie zaczął się dla mnie optymistycznie. "Moja" firma NexEurope wystawiła mnie do wiatru. Gdyby tylko mnie, byłoby pół biedy - osobiście nie poniosłem bowiem wielkich strat finansowych. NexEurope wystrzelił jednak w kosmos co najmniej kilkutysięczną rzeszę swoich europejskich dystrybutorów - nie realizując zamówień, nie wypłacając pieniędzy, blokując europejską stronę internetową. Nie wiem, jak inni, ale ja nie usłyszałem nawet słowa "przepraszam"... Nie o tym jednak chcę pisać.


Chyba na drugi dzień po wycofaniu się NexEurope z naszego rynku otrzymałem e-maila od jednego ze współpracowników firmy MLM, działającej na rynku telekomunikacyjnym.
Ponieważ pocztę od niego otrzymuję dość często, gdyż już jakiś czas temu zapisałem się na jego listę kontaktów, ów e-mail jakoś szczególnie nie zwrócił mojej uwagi, choć w temacie wpisane było tylko jedno słowo: "Koniec". W życiu bym jednak nie przypuszczał, że człowiek działający w innym MLM-ie będzie się zajmował informowaniem swoich subskrybentów o tym, co się dzieje z obca mu firmą, na dodatek nawet nie konkurencyjną dla niego.
Kiedy w końcu otworzyłem list od pana M., oniemiałem. Na początku zdanie: Koniec kabaretu "Jacek Dudzic". Pod nim zdjęcie J. Dudzica z jego profilu na Facebooku, a pod zdjęciem kolejne zdanie: Komik, Jacek Dudzic "Ja sam wybrałem firmę MLM - NexEurope". Pod tym: zdjęcie... Jasia Fasoli i link do strony Network Magazynu (z informacją o wycofaniu się NE z Europy). Dalej treść e-maila, jednego z kilku, jakie wysyłane są do osób zainteresowanych współpracą z zespołem "Wellbiznes", którego Jacek Dudzic jest założycielem.
W sumie może nawet można by się z tego pośmiać. Ludzi różne rzeczy śmieszą, więc pewnie nie jednego i e-mail od pana M. mógł rozbawić. Tylko czy aby ten śmiech jest na miejscu?

Po co o tym wszystkim piszę? Z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze cała sytuacja z NexEurope to tak naprawdę wiele ludzkich problemów, czasem może nawet i dramatów. Powie ktoś: no ale trzeba się liczyć z tym, że firma może upaść. Owszem, trzeba. Nie zmienia to jednak faktu, że ludzie zostali postawieni pod ścianą i jedyne, co mogą, to walić w nią głową... Tylko co to pomoże?
Nie wiem, co pan M. ma do Jacka Dudzica i nawet jeśli, to nie obchodzi mnie to. Uważam jednak, że ten pseudo żart był jednak nie na miejscu. I pal licho, co czuje Jacek Dudzic, bo sądzę, że jest na tyle obyty i odporny, że błoto rzucone w jego kierunku nie upaprze go. Sęk w tym, że w "kabarecie" Dudzica, czyli w zespole "Wellbiznes" pracuje wiele uczciwych osób, którym do głowy by nie przyszło zacieranie rąk z radości, gdyby firma pana M. zachowała się tak, jak NexEurope. Bo zwyczajnie ludziom kulturalnym takie zachowanie nie przystoi. Jest prostackie i głupie. I tyle.
Inna rzecz. Nie tak dawno pan M. rozsyłał instrukcję o tym, czego to nie wolno współpracownikom jego firmy. Nie czytałem tego jakoś szczególnie dokładnie, ale na pewno nie było w tym e-mailu stwierdzenia, że nie wolno (bo ludziom kulturalnym po prostu nie wypada) kopać leżącego, ani obrzucać innych błotem. No właśnie - więc czego ja się właściwie czepiam?

NexEurope w Europie to już historia. Owszem, pozostaje wiele niezałatwionych spraw. Globalnie jednak temat tej firmy został zamknięty - bo chyba nikt nie wierzy w to, że kiedyś tam NE wróci na nasz rynek. I tu dochodzimy do rzeczy najważniejszej. Można by o określić ją i tak: psy szczekają, karawana jedzie dalej. Oraz: w MLM-ie bardziej liczysz się ty niż firma, z którą współpracujesz.
Rzeczywiście, pojedynczy ludzie z teamu Jacka Dudzica ponieśli klęskę. Ale czy to koniec "Kabaretu Jacek Dudzic". Okazuje się, że wcale nie. Bo choć trudno jeszcze w tej chwili stwierdzić, ile osób da sobie spokój z MLM-em, to wiadomo, że znaczna większość ma zamiar działać dalej. Tak samo jak dotąd, a może z jeszcze większym zapałem.

O co więc chodziło panu M.? Wygląda na to, że co najwyżej mógł próbować zaklinać rzeczywistość. No cóż, nie pozostaje mi zatem nic innego, jak życzyć mu powodzenia.



............................................

wtorek, 15 marca 2011

To szczęśliwy dzień

Umieć się cieszyć każdą chwilą, z drobiazgów, nawet z najmniejszych rzeczy. Ileż razy już to słyszeliśmy?

Niedawno dotarło do mnie po raz kolejny, z nową siłą, dlaczego to jest tak bardzo ważne.

Na nowo uświadomiłem sobie, że tak naprawdę to od tego, czy jestem szczęśliwy, zależy mój sukces. Jeśli nie będę miał w sobie poczucia szczęścia, nie będę potrafił otworzyć się praktycznie na nic.

Poczucie szczęścia sprawia, że - z jednej strony - czujemy się odprężeni, z drugiej - otwieramy się do środka. Znikają sztaby z drzwi prowadzących do naszego wnętrza. A tylko wtedy jesteśmy w stanie skutecznie przyciągać do naszego życia wszystko, co chcemy.

To takie proste, że czasami wydaje się zupełnie niezrozumiałe. Dobrze, że przychodzą chwile olśnienia i refleksji. No właśnie - znajdujmy czas na refleksję. Nie na rozpamiętywanie, ale na refleksję. Ona naprawdę jest pożyteczna.

I cieszmy się. Bądźmy szczęśliwi. Zacznijmy naszą przemianę, zmianę, czy odmianę od poczucia szczęścia. Powodów wokół jest wiele. Skupiajmy się na nich, a nie na tym, co nam je przesłania. Wtedy nam się uda. I będzie dobrze.

Nie wierzysz? To zacznij być szczęśliwy i się przekonaj.

niedziela, 6 marca 2011

SEKRET - ,,lektura" obowiązkowa



Jeśli obejrzałaś/łeś i napełniło Cię to entuzjazmem /a powinno :)/ - kliknij w ikonkę ,,lubię to" (obok)

środa, 23 lutego 2011

Perły przed wieprze?

Od jakiegoś czasu zastanawiam się, w ilu biznesach można działać. A dokładniej: czy człowiek powinien się skupić wyłącznie na jednej dziedzinie, czy też może działać równolegle na dwu, trzech czy kilku płaszczyznach i na wszystkich osiągać dobre wyniki? Jak dotąd, ogólnie skłaniam się ku twierdzeniu, że możliwe jest działanie na kilku płaszczyznach, byle odpowiednio wybranych. Każdy jednak ma prawo do swojego zdania w tej kwestii.

Jakiś już czas temu (minęły już może ze dwa lata) wpisałem się na pewną listę adresową. Jej właściciel przysyła do mnie regularnie maile, w których proponuje mi dołączenie do swojego biznesu. Nie będę pisał, jaki to biznes, bo to nie ma w tej chwili znaczenia. W sumie nie ma też większego znaczenia, dlaczego dotąd nie uległem namowom i nie działam w tymże MLM-ie, który skądinąd odnosi sukces. Znaczenie ma to, jak ów człowiek zareagował na maila ode mnie. Pozwólcie jednak, że zacznę od początku.

Czytając niedawno kolejną wiadomość od Bogusława (myślę, że imię mogę ujawnić), pomyślałem sobie, że przedstawię mu biznes, w którym obecnie działam. Wydawało mi się, że ma to sens. Wszak Bogusław działa w MLM-ie od co najmniej kilku lat, prawdopodobnie nieźle mu idzie, a zatem musi mieć grupę sprawdzonych i skutecznych współpracowników. Jeśli zatem spodoba mu się mój biznes (zupełnie inna dzidzina niż jego) to może połknie haczyk i... Wiecie co miałem na myśli.
Napisałem do niego tak:

"Witam!
Otrzymuję regularnie e-miale od Pana, w których zachęca mnie Pan do podjęcia współpracy z XYZ.
W moim przypadku jest to trochę trudna sprawa, bo od jakiegoś czasu funkcjonuję za granicą i nie bardzo miałbym się jak za tę pracę zabrać - mogę działać jedynie online. Sprawę jednak oczywiście uważam za otwartą :)
Ze swojej strony chciałbym jednak zainteresować Pana projektem, w którym zdecydowałem się uczestniczyć.
Ponieważ siedzi Pan w MLM (...) i ponieważ uważam, że jest Pan człowiekiem otwartym i niezwykle przedsiębiorczym, zapraszam do obejrzenia krótkiego wideo, z którego wszystkiego się Pan dowie:
http://www.ABC
Pozdrawiam serdecznie!"

Na drugi lub trzeci dzień przyszła odpowiedź. Bogusław zapytał mnie, czy w swoim mailu proponuję mu współpracę, czy tylko chcę, żeby ocenił prezentację, którą chciałem, żeby obejrzał. Kiedy odpisałem mu, że to była propozycja współpracy, napisał tak:
"Jak Pan wie, to ja współpracuje już z firmą MLM. Gdzie tu logika?
1. Dlaczego JA, miałbym współpracować z "Panem i ABC" a nie Pan ze mną i XYZ?
2. Dlaczego pańska branża, a nie moja?
3. Proszę przedstawić mi swoją analizę..."

Powiem szczerze, że zgłupiałem. Facet uznał, że proponowanie mu współpracy jest nielogiczne - bo on już współpracuje z firmą MLM. Z drugiej strony zadeklarował pewną otwartość - wszak mam mu przedstawić swoją "analizę".

Tak czy owak - gdyby wziąć pod uwagę jego staż w biznesie, to można by przyjąć, że człowiek może mieć już coś sensownego do powiedzenia. Z drugiej strony - gdyby moja oferta była dobra, to jako doświadczony MLM-owiec powinien ją odpowiednio rozpoznać i dostrzec w niej szansę dla siebie.

Teraz mam dylemat. Bo nie wiem, czy nie powinno się współpracować z więcej niż jedną firmą, czy też firma, która mu rekomendowałem jest po prostu średnia?
Jest jeszcze inna możliwość. Być może facet po prostu ma klapki na oczach i wcale nie chodzi o jakieś tam zasady, ale o to, że ma już co robić i to mu wystarcza. A jeśli tak jest, to doszło do przysłowiowego (a dokładniej ewangelicznego) rzucenia pereł przed wieprze (bez obrazy, to tylko przenośnia).

Jaka jest zatem rzeczywistość? Tak naprawdę mój dylemat, o którym wspomniałem przed chwilą, może dotyczyć jedynie tego: jedna czy więcej firm? Nie ma bowiem takiej możliwości, że doświadczony MLM-owiec nie jest w stanie dostrzec szansy, jaką rysuje przed nim moja firma. Bo moja firma nie jest średnia. Tego jestem pewny, jak dawno niczego tak pewny nie byłem. A zatem jeśli Bogusław nie wyciąga ręki po perły, które właśnie legły u jego stóp, to jedynie dlatego, że ma już swoje. Tylko dlaczego nie pisze tego jednoznacznie wprost?



czwartek, 3 lutego 2011

Co przekona Kowalskiego do MLM-u?

Wiele osób usiłujących robić karierę w MLM, kiedy przyjdzie im rozmawiać z potencjalnym kandydatem do biznesu, najczęściej przyjmuje jedną z dwóch postaw. Albo są przesadnie podekscytowani i gotowi wręcz na siłę udowadniać swoje racje, albo też jawią się jako niedowiarkowie, którzy mimo wszystko silą się na optymizm i mają nadzieję, że może im się powiedzie. 


W pierwszym przypadku nadmierny entuzjazm ma wywołać na rozmówcy takie oto przekonanie: skoro on/ona jest tak podekscytowany/a, to to musi działać; przecież by nie udawał/a! to musi być rzeczywiście świetny interes!
A co jeśli się okaże, że nie tak bardzo świetny? Najczęściej osoby, które dojdą kiedyś do takiego przekonania, winić będą za to siebie - jednak nie za to, że za mało pracowały, czy źle pracowały, ale za to, że nie potrafiły wykrzesać z siebie takiego entuzjazmu, jak ich sponsor. Z chęci usprawiedliwienia siebie dojdą do przekonania: nie umiem być tak przekonujący, nie nadaję się do tego!

W drugim przypadku mamy do czynienia ze swego rodzaju asekuranctwem. Sponsor stawia siebie i swój biznes w takim świetle, że za ewentualne niepowodzenie nikt go nie będzie mógł winić - wszak on przecież głową za to wszystko nie ręczył.

Pytanie zatem: jaką przyjąć postawę rozmawiając z kandydatem do naszego biznesu? Jakich używać argumentów. No bo skoro ja sam nie jestem jeszcze ani liderem, ani dyrektorem, ani tym bardziej jakimś tam diamentem - to jak mam przekonać kogoś innego, że to wszystko działa jak należy?

Dość często można spotkać się w Internecie z propozycją współpracy w takim czy innym biznesie. I to, że jesteśmy przekonywani, iż mamy do czynienia z najlepszym biznesem na świecie - to uznać można za akceptowalny standard. A co z tymi, którzy składają na propozycję nie do odrzucenia? Najczęściej kreują się na doświadczonych MLM-owców, którzy mają system, a swoją wiedzę zdobywali od największych w branży. Osobiście nie spotkałem się jednak z konkretem w stylu: zarobiłem tyle i tyle, ty też możesz. Za to proponowano mi: jak przystąpisz do mojego biznesu, dostaniesz całą moją wiedzę za darmo i odniesiesz sukces. A jak nie przystąpisz, to owszem, możesz poznać mój system i wiedzę, ale... już nie za darmo. W końcu porady specjalisty muszą kosztować!

Powiem szczerze, że chwilami mam wrażenie, że niektórzy robią ludziom wodę z mózgu. Mam mieszane uczucia, kiedy widzę jak oferta bezinteresownej pomocy przekształca się w ofertę sprzedaży - i to autorskiego produktu. No właśnie - tylko czy zawsze do końca autorskiego? Bo jak traktować propozycję w stylu: kup mojego ebooka, kiedy nie trzeba być jasnowidzem, żeby połapać się, że ów ebook, to tak naprawdę nic odkrywczego, a jedynie wiedza pozyskana z różnych źródeł, napisana własnymi słowami? Pół biedy, jeśli poprawnie po polsku...

Jak więc przekonywać?
MLM to gra zespołowa. Jeśli nie trafi się na mądrego sponsora, ciężko będzie odnieść sukces. Bo tak naprawdę w początkowym okresie naszego funkcjonowania w MLM to właśnie nasz sponsor ma do odegrania w budowanej przez nasz strukturze ogromną rolę. On jest takim naszym pokazowym gwarantem tego, że to wszystko działa. I w tym kontekście trzeba zauważyć, że decydując się na MLM, nie warto działać po omacku i liczyć na to, że jakoś to będzie. 
Dalej musimy zdawać sobie sprawę i z tego, że  nie ma co liczyć na boom współpracowników, jeśli - nawet jeżeli zyski w efekcie mogą być krociowe w niedługim czasie - na początek trzeba wyłożyć kilkaset złotych. Niewielu na to stać, niewielu ma odwagę zaryzykować nieraz i pół swojej obecnej wypłaty.

Summa summarum wygląda na to, że przeciętnego zjadacza chleba (a takich jest przecież najwięcej) interesuje biznes, w którym nie trzeba wiele inwestować, a oferowany do sprzedaży produkt nie jest drogi. I zdaje się, że do takiego biznesu, działającego jako MLM, najłatwiej jest przekonywać.
Na szczęście takich właśnie buznesów u nas nie brakuje!